piątek, 8 stycznia 2016

Prawdziwi

Po jednym złym zjeździe,dotarliśmy do supermarketu. Na głowach mieliśmy idiotyczne,bordowe czapki ze świątecznym wzorkiem.Zobaczyłam nas oboje w szybie wejścia. Do niego ona pasowała,wyglądał jak chłopak wysłany przez matkę na zakupy.Jeden z tych,którzy są kapitanami drużyny lacrosse'a,mają średnią 4.0 i nie urywają się z lekcji. Jak jeden z tych,którzy nawet w czarnym ubraniu nie wyglądają jakby się ukrywali.Cholerni farciarze.Nie wiem skąd mu się to bierze,ale wygląda jak podświetlony od środka. Ludzie patrzą na niego życzliwie,bo nie wygląda jak jakiś ćpun,tylko jak oni. Coś sprawia,że nad nim lampy świecą jaśniej,a podłoga wygląda jak czerwony dywan.

Ja jestem niewidzialna.


W milczeniu robię zakupy,on rozmawia ze wszystkimi,jakby każdemu chciał oddać część swojego światła. To niepokojące,prawie jak wtedy kiedy chwycił moją ręke,rzucił,że nie zamierza słuchać rapu i kiwał głową do dźwięków gitary. Kręcę głową stojąc obok niego w kolejce i ignoruje sprzedawczynie,która pyta go czy jesteśmy rodzeństwem. Zawieszam wzrok na choince, stojącej pośrodku centrum handlowego i czekam. Mijają mnie ludzie,ale skupiam się na utrzymaniu w zasięgu wzroku bordowej czapki. Zakupy ciążą mi w rękach aż zostaję nieco w tyle i w końcu zwalniam zupełnie i przyglądam się wystawom. Wszyscy pędzą,ale ja mam czas.Z daleka widziała,że po nią wraca. Wystawał na pół czapki ponad matki z dziećmi,nastolatki i starszych ludzi robiących zakupy.


-Adam - powiedział wyciągając przed siebie rękę.

-Sara-odpowiedziałam,zastanawiając się nad absurdalnością tej prezentacji. On chyba nie miał takich obiekcji.

-Mogłaś zawołać,szedłbym wolniej. Możemy się przejść...

-Nie,nieważne. Wracajmy już-ucięła,wymijając go. Stał stanowczo za blisko.


Wracali w ciszy,bo żadne z nich nie włączyło nawet radia. Zastanawiała się czy coś z tego co powiedziała mogło go obrazić. Najgorsze są powroty pomyślała ni stąd ni zowąd. Praktycznie przykleiła się do szyby oglądając mijany za oknem krajobraz.Wszystko okrywała szczelna pokrywa śniegu. Zastanawiała się co może tutaj rosną,kiedy nie ma tu śniegu,gdy poczuła szturchnięcie. Niechętnie odwróciła się w stronę Adama.


-Zatrzymujemy się? spytał wskazując brodą plac pełen choinek.

-TAK- usłyszał rozentuzjazmowaną odpowiedź.


Nie pozwolił,żeby brwi powędrowały mu w górę i darował sobie jakąkolwiek,nawet żartobliwą uwagę,żeby nie zepsuć atmosfery. Wysiedli z auta i teraz już nie powstrzymywał uśmiechu. Prawie biegała od choinki do choinki,oglądając je ze znawstwem. Wdychał powietrze pachnące igłami,pomieszane z przedświątecznym nastrojem. Nie miał czasu rozglądać się,bo ona już wybrała.

-To ta - oznajmiła.Nie miało znaczenia,że przecież nie zamierzali kupić choinki i nie umawiali się z Sylvią.

-Też to czujesz?

-Co?

-Że ona czeka aż ją kupimy.Jest mniej więcej twojej długości,więc zmieści się w salonie i nie jest szersza niż my oboje stojący obok siebie-zauważyła,nie odrywając wzroku od zdobyczy.Wariatka.

-Dobra,bierzemy ją,ale ty się tłumaczysz.


*****

-Okey. Myślisz,że będzie zła?

-Że przerządzamy jej salonem i bez pytania kupiliśmy choinke?

-Czyli tak

-Tak/p>


Wysiadła z auta i ruszyła w kierunku domu,nagle czując niepokój.Chciała,żeby ta choinka stanęła w salonie,przyozdobiona bombkami,jabłkami, kokardami,aniołkami i słodyczami. Weszła do salonu przywołując swój s p e c j a l n y uśmiech.Starsza pani była w trakcie swojej robótki i nawet nie uniosła na nią wzroku.

-Ee..Sylvio?

Staruszka dokończyła rząd i popatrzyła na nią

-Adam kupił choinkę

-Teraz sam ją tu dźwiga? Wstydź się,idź mu pomóc,a ja zorganizuję tu trochę miejsca.No,szybko,na co tak patrzysz? - zrzędziła,wypychając ją z salonu.



Od kilkunastu minut była zgarbiona,plecy zaczynały jej drętwieć,a wszechobecny kurz nie polepszał sprawy.Tak jak wątłe światło małej żarówki...


-Widzisz gdzieś te pudła?

-Nie,ale mamy tu gitarę, fortepian,bujany fotel,zabawki,zdjęcia...-urwał wyliczanie,gdy w oczy rzucił mu się stary gramofon stojący na stercie pudeł-To tutaj!



Faktycznie,pięć czerwonych pudełek w tym jedno niebieskie.Trzeba sprawdzić czy to wszystko to ozdoby,zobaczyć czy nie są zniszczone i znieść je na dół,planowała w myślach,kiedy chłopak już otwierał jedno z nich.Pierwsze było pełne bombek i figurek,gipsowe aniołki,renifery to już połowa sukcesu.W drugim leżały zwoje łańcuchów srebrny,złoty niebieski i czerwony,połyskiwały w słabym świetle.Wyglądały na długie i gotowe spełnić swoją ozdobniczą rolę na ich choince.Trzecie,było pełne ręcznie robionych,szydełkowych ozdób,pachnących krochmalem.Z namaszczeniem oglądała je wszystkie,nie zwracając zupełnie uwagi na chłopaka.


-Otwórzmy to - powiedziała mocując się z ostatnim okrągłym pudełkiem.Kto je tak szczelnie zamknął? Obydwoje ciągnęli za wieko aż wreszcie puściło,a wraz z nim całe pudełko. Na deski wysypały się stosy listów bez kopert.Popatrzyli na siebie zdziwieni i trochę przestraszeni.

-Poskładajmy to-popędził ją,podnosząc pierwszy list. ,,Najukochańszy..." głosił pierwszy nagłówek na niezwykłej papeterii.Odłożył go na bok,składając pudło spowrotem w całość.


Ona też przyglądała się listom ,,Kochany Jonahu" Do kogo mogła pisać?


-Hej,nie czytaj tego!-syknął,szturchając ją-Składajmy

Układali listy nie czytając nagłówków,Adam miał rację to nie było przeznaczone dla ich oczu.Nie powinni tego oglądać,a mimo to kusiło ją,żeby przeczytać chociaż jeden,od nagłówka po postscriptum.Nie miała szans,skoro chłopak tu był,dlatego pomogła mu,żeby stąd zejść.



Wszystko było już prawie gotowe.Zupa właśnie zaczęła bulgotać,a zapach pieczonego mięsa ogarnął już całe mieszkanie. Sylvia kręciła się po kuchni.Od rana zajmowała się obiadem,a dla młodych zostawiła wytrzepanie pościeli, o ile dadzą sobie radę z choinką.Usiadła na chwilę na krześle w kuchni.Przez firanki widziała przejeżdżające auta,ludzi ustrajających domy i tych idących chodnikiem.Małe figurki,zginające się pod wpływem wiatru.


Z zamyślenia wyrwał ją głos dzwonka.Nie zdejmując fartucha przeszła do drzwi wejściowych i otworzyła je szeroko. Na progu stała kobieta z walizką.


-Tak?

-Ja w sprawie ogłoszenia...-nieznajoma urwała pochylając się-czy to curry?


Gospodyni uśmiechnęła się tajemniczo,wpuszczając ją i jej walizkę do środka.Gestem,zachęciła ją do wejścia,do rozgrzanej kuchni,gdzie podała jej łyżkę.Pochwały i zachwyty sprawiały jej niemałą przyjemność.Rozmowę przy owocowej herbacie przerwał im powrót Adama i Sarah,którzy wreszci wyłonili się z salonu.


-Misję zakończyliśmy sukcesem,choinka ubrana-oznajmił chłopak uśmiechając się



Na twarzy kobiety pojawił się wyraz przerażenia,gdy tylko jej wzrok padł dwójkę,która weszła do kuchni...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz