piątek, 3 kwietnia 2020
Miłość od pierwszego mema IV
Zbyt szybko uniosła głowę, żeby spojrzeć prosto na obiekt swoich myśli.Zachwiała się niebezpiecznie, jednak na pomoc przyszło jej pomocne ramię. Spojrzała prosto na obiekt swoich myśli.
-Zawsze idziesz jak huragan? Zmiatasz wszystko na swojej drodze?
-Daj spokój – westchnęła,przewracając oczami – nie powiem kto tu kogo ,,zmiótł” - dodała mierząc sylwetkę Ginny znaczącym spojrzeniem.
-Ach,to – młoda Wesley’ówna poklepała się po umięśnionym brzuchu – treningi robią swoje.
No tak,słynne treningi. Hermiona podziwiała przyjaciółkę za godzenie nauki z karierą ścigającej. Faktem było,że nie zależało jej na ocenach nawet w połowie tak bardzo jak starszej Gryfonce,ale realizowała swoją pasję i mogła oderwać myśli od Harry’ego…
-Halo,jesteś tam? Hermiona?
-Tak,tak,słucham – przytaknęła skwapliwie,próbując przypomnieć sobie o czym była mowa.
-To jak, pójdziesz z nami? Miodowe Królestwo jest całkiem przebudowane, podobno podpisali umowę z Francją i dostali oficjalne pozwolenie na import ich słodyczy. Sama pomyśl, Nugatowe Matagoty...
Hermiona słuchała młodszej Gryfonki z delikatnym uśmiechem. Uwielbiała patrzeć jak ze zniecierpliwieniem odgarnia niesforne rude włosy,żywo gestykuluje próbując ją przekonać do swoich racji. Jednak mimo to nie mogła się pozbyć wrażenia, jakby z każdym słowem była coraz dalej i dalej...
-Nie daj się prosić!
Hermiona ocknęła się wreszcie.
-Ginny, myślę,że Harry chciałby mieć trochę czasu z tobą sam na sam. A ja...mam już plan na cały weekend,wiesz jak to jest. Przesuwasz jedną rzecz,a potem musisz przeorganizować cały dzień.Jeszcze te egzaminy... - starała się opowiadać o tym jakby ta wizja naprawdę ją przerażała. Aktualnie była to najlepsza wymówka,bo opierała się na starych prawdach.
-Oh,za pięć minut zaczynam Eliksiry! Muszę lecieć Herm, jeszcze o tym pogadamy - rzuciła Ruda ściskając Hermionę za ramię i popędziła przed siebie, potrącając po drodze kilku uczniów.
Starsza Gryfonka odetchnęła z ulgą, poprawiła zapięcie w swojej torbie i powoli zaczęła wspinać się do Wieży Gryffindoru. Musiała wypełnić jakoś wolny czas. Przyglądała się uważnie obrazom, dziewczyna z kwiatami dygnęła jak zawsze,a grający w karty profesorowie obserwowali ją podejrzliwie. W Pokoju Wspólnym siedziało zaledwie kilku pierwszorocznych, którzy tak jak ona mieli teraz przerwę. Zbici w jedną grupkę rozprawiali o czymś zaaferowani, rzucając jej tylko ukradkowe spojrzenia.
Hermiona poczuła ochotę by rzucić się na jeden z wygodnych pluszowych foteli, pokrytych czerwonym obiciem jednak zmusiła się,żeby pokonać kolejne stopnie. Rzuciła się na swoje łóżko, torba upuszczona niedbale rozpięła się. Niestety jej właścicielka nie mogła o tym wiedzieć,bo zasnęła.
Na każdej lekcji dozwolone było dziesięciominutowe spóźnienie i Draco Malfoy chętnie z tej możliwości korzystał. Dlatego nieśpiesznie zmierzał do sali na trzecim piętrze, gdzie za dwie minuty miało się zacząć mugoloznawstwo. Postał chwilę przy posągu jednookiej wiedźmy, jak to możliwe,że miała taki wielki nos? Rzucił jeszcze okiem do Izby Pamięci, obserwował Puchar,który pojawił się tu po Turnieju Trójmagicznym. Wygrawerowano na nim dwa nazwiska, Potter i Diggory, marne pocieszenie dla jego ojca. Bezwiednie skrzywił się w pogardliwym grymasie.Cała sala przypominała raczej sklep z antykami. Złote puchary, miedziane medale, srebrne i kryształowe statuetki. Wyjątkowo paskudne miejsce.
Wycofał się z Izby Pamięci i wreszcie skierował się do sali,gdzie od dobrych ośmiu minut trwały już zajęcia. Już prawie pukał, kiedy usłyszał szybkie kroki,ktoś biegł korytarzem. Zaciekawiony wychylił się,żeby mieć lepszy widok. Słyszał posykiwania zirytowanych portretów i...no tak, to nie mógł być nikt ciekawy. Nikt ciekawy nie biegnie,żeby zdążyć na mugoloznawstwo. Zrezygnował z pukania, z kpiącym uśmieszkiem otworzył na oścież drzwi kurtuazyjnym gestem przepuszczając przed sobą zdyszaną Hermionę.
-Dzięki,Malfoy - rzuciła,piorunując go wzrokiem.Weszła do sali,a za nią wkroczył Malfoy. Nauczycielka stała przy katedrze z ręką na biodrze,wyraźnie niezadowolona tym wejściem.
-Przepraszam za spóźnienie pani profesor,ja...
-Zagadaliśmy się w bibliotece - wtrącił się Malfoy,kłamiąc bez mrugnięcia okiem. Nauczycielka westchnęła ciężko, skłonności Malfoy'a do spóźnień były już powszechnie znane,ale nie mogła przepuścić tego,że zaczynał wciągać w to innych.
-Minus pięć punktów dla Gryffindoru i Slytherinu, jesteście państwo po dozwolonym na spóźnienie czasie. Następnym razem proszę się umówić przed lekcją - odwróciła się od nich i przeszła na środek sali,kontynuując wykład.
Hermiona patrzyła zdziwiona na plecy nauczycielki.Wydawało jej się,że wyhaftowany na koszuli smok porusza się połykając wzorzyste ważki. Było jej wstyd, co to w ogóle za bezsensowna uwaga o ,,umawianiu się"? O mało nie prychnęła zdegustowana.
W Malfoy'u zawrzało i zbladł ze złości, zacisnął usta w wąską kreskę i sztywno ruszył w górę auli,żeby zająć miejsce. Tuż za nim podążała ta irytująca Granger,gdyby na nią nie czekał nie straciłby punktów.Był rozczarowany swoją ciekawością,ale z drugiej strony nie był nią zdziwiony.To niemal rodowa cecha Malfoy'ów. Uśmiechnął się jednak pod nosem patrząc na zaczerwienioną Granger, czy ona kiedykolwiek spóźniła się na lekcje albo dostała ujemne punkty?
Skrzywił się obserwując co teraz wyczynia ta dziwaczna szlama. Ustawiała przybory równo na blacie.Kałamarz blisko kartki, tak,żeby wygodnie sięgnąć do niego piórem. Kartka pergaminu przed sobą,ale przesunięta nieco w lewo,dodatkowa kartka przygotowana na wszelki wypadek tuż pod ręką.Na Merlina! Rzucił okiem na to co miał na swoim blacie... układał rzeczy w ten sam pedantyczno - kompulsywny sposób co Granger.
piątek, 6 września 2019
Miłość od pierwszego mema III
-Daj spokój,Seamus – Hermiona przewróciła oczami zniecierpliwiona, wyszarpnęła rękę z uścisku i zdjęła telefon z tablicy – Widzisz? Nic się nie stało.
-Z dwudziestu uczniów próbowało go stąd zabrać i każdy,dosłownie każdy, wyszedł z tego z dziwnymi...obrażeniami.
Hermiona nigdy wcześniej nie słyszała o zaklęciu,które dawałoby podobny efekt,ale właśnie rzuciła okiem na zegar i to ucięło wszystkie jej wewnętrzne rozterki.
-No cóż,lepiej nie ruszać nie swoich rzeczy,prawda? - rzuciła szybko po czym nie czekając na odpowiedź odwróciła się,żeby odejść.Od ostatnich pięciu minut uparte zbiegowisko nie poruszyło się o cal, chciwie obserwując cała scenę – A wy na co czekacie? Jazda na zajęcia!
Z autorytetem odznaki Prefekt Naczelnej nie było dyskusji. Uczniowie rozeszli się niechętnie, przypominając sobie o czekających ich zajęciach.Byli też szczęśliwcy, którzy nie mieli zajęć z samego rana,ale oni również woleli zejść z oczu Hermiony. Ona sama miała już niewiele czasu,dlatego drogę do lochów pokonała truchtem.
Do sali eliksirów dotarła minutę przed Snape’em. Zajęła ławkę, którą do tej pory dzieliła z Harrym i Ronem,a którą teraz zajmowała sama i skupiła się na słowach Snape’a. Zapowiadała się wymagająca lekcja,mieli spróbować swoich sił w warzeniu FelixFelicis. Snape krążył po sali komentując zjadliwie co słabsze próby stworzenia czegoś co ledwo można było uznać za eliksir. Zarówno Gryfoni jak i Puchoni stracili na tej lekcji sporo punktów. Hermiona była zadowolona ze swojej pracy,rzecz jasna w słowniku Snape’a nie figurowało słowo uznanie czy dodawanie punktów, ale wystarczająco wymownym znakiem był brak choćby jednej uszczypliwej uwagi. W zupełności jej to wystarczało.
Harry wzdrygnął się kiedy kolejny powiew zimna wdarł się do twierdzy. Azkaban nadal miał swój jedyny i niepowtarzalny mroczny charakter. Brak dementorów był, jak na razie, jedyną wprowadzoną w więzieniu zmianą. Odebrał mu to część jego ,,uroku”, ale na brodę Merlina, to miejsce było wystarczająco przygnębiające. Zdawał sobie sprawę, że zerka na zegarek częściej niż przeciętny pracownik Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, ale miał wrażenie, że jego zmiana zaczęła się wieki temu.
Usunięcie dementorów z Azkabanu,pomysł nowego Ministra Magii Kingsley’a, spotkał się z aprobatą magicznego społeczeństwa. Aurorzy pilnowali więzienia na zmianę w kilkuosobowych zespołach i w tym temacie nie było ulg ani wykorzystywania znajomości. Nie żeby Harry próbował czegoś podobnego, po prostu miał wtedy kilka pytań do Kingsley’a i tyle.
Z zamyśleniem obserwował spływającą po kamiennej ścianie krople wody.Żałował, że nie może być dziś w terenie razem z Ronem, potrzebował dziś wyjątkowo dużo wsparcia. W sobotę miał spotkać się z Ginny, która wreszcie znalazła dla niego czas. Fakt ten sam w sobie nie był problemem ,rozchodziło się o to, że nadal nie wiedział gdzie zabrać ją na randkę. Widywali się rzadko z powodu jego nienormowanych godzin pracy i jej częstych treningów. W życiu nie przypuszczał, że Ginny przyjmie propozycje Harpii z Holyhead i zawiesi ich związek, dlatego starał się działać ostrożnie. Wiedział, że nauka w Hogwarcie i jednoczesne utrzymywanie pozycji w drużynie wymaga od niej poświęcenia, dlatego starał się wymyślić coś co mogłoby ją zrelaksować.
Harry westchnął ciężko. Zadowolenie kobiety było niemal tak trudne jak odebranie smoczycy złotego jaja. Nawet jeśli ci się uda, to prawdopodobnie i tak przy tym ucierpisz.
Draco westchnął ciężko. Zadowolenie kobiety było niemal tak proste jak wkurzenie Weasley'a. Wystarczyło pojawić się w Wielkiej Sali i wyglądać, no cóż,tak jak na co dzień. Łaskawie posłał tłumom półuśmiech, przyjął eskortę Pansy i skierował się do swojego stołu.
Całe przedstawienie oglądała z boku Hermiona. O tak, Draco Malfoy doskonale wiedział jak działa na kobiety. Jego porannym wejściom do Wielkiej Sali zawsze towarzyszyły setki dziewczęcych spojrzeń, niezmiennie u jego boku pojawiała się Pansy Parkinson i nie opuszczała go ani na krok, dopóki nie rzucił w jej stronę jednej ze swoich lodowatych obelg. Nie musiał krzyczeć, doprowadzał ludzi do płaczu lub furii jednym uniesieniem brwi, celną i zjadliwą uwagą lub paskudnym grymasem.
Irytujący Ślizgon doskonale wiedział jak odwracać uwagę tłumu od swojej przeszłości, wytatuowanej na jego lewym przedramieniu. Hermiona nie mogła zrozumieć jakim cudem tleniony arystokrata robił...wszystko co robił. Był kapitanem ślizgońskiej drużyny quidditcha i jednocześnie szukającym, Prefektem Naczelnym, jednym z najlepszych uczniów. Jakby tego było mało tygodnik Czarownica przyznał mu Nagrodę za Najbardziej Uwodzicielski Uśmiech, a wszystkie plotki głosiły, że zabija się o niego kilka drużyn quidditcha, czeka na niego co najmniej jedna posada w Ministerstwie, a ze skarbca rodowego Malfoy'ow nadal wylewa się złoto.
Dźgała zawzięcie widelcem kurczaka z polanymi sosem czosnkowym pieczonymi ziemniaczkami coraz bardziej zawzięcie, dopóki nie zostało z niego nic co przypominało jakiekolwiek danie. Sama nie wiedziała w co wierzyć, niemniej powszechne uwielbienie dla osoby byłego Śmierciożercy irytowało ją. Westchnęła jednocześnie przewracając oczami do samej siebie, nieświadomie przyciągając kilka wymownych spojrzeń. Biedactwo, pierwszy semestr jeszcze się nie skończył a ona już wariuje. Właśnie to można było wyczytać z rzucanych jej spojrzeń, kiedy opuszczała Wielką Salę. Ciężko być jedną trzecią Złotego Trio, gdy jest się samotną jedną trzecią.
Ominęła fanklub czekający aż ich guru wyjdzie po skończonym posiłku podjęła próbę przedostania się na schody. W zamyśleniu i ferworze walki o przejście zderzyła się z czymś twardym i umięśnionym. No nie! Tego już było za wiele.
Uniosła głowę żeby spojrzeć prosto na obiekt swoich myśli.
niedziela, 14 kwietnia 2019
Skrzydlate twory
Ciągle patrzę na ciebie z ukrycia. Nie wiesz, że tu jestem, ale przecież patrzę. Czy to nie to
samo co stanie obok ciebie? Czasem dziwię się, że nie czujesz, jak mój wzrok dotyka twoich
rąk, włosów... Staram się nie przygniatać cię nim zbyt długo - może dlatego mnie nie widzisz.
Przerwa to świetny wynalazek. Mogę patrzeć, jak twoje warkocze śmiesznie podskakują, gdy
biegasz. Chyba jako jedyna się ich nie wstydzisz. Ani warkoczy, ani tego dzierganego swetra
z małym czarnym kotem, obserwującym świat uważnymi szmaragdowymi oczami.
W czwartej klasie niektóre dziewczyny są już na takie rzeczy zbyt dorosłe i zbyt poważne.
Oczy tego kota zawsze przypominają mi twoje, prawie zielone i tak samo przenikliwe,
nieruchome. To twoje specjalne spojrzenie - patrzysz tak tylko gdy podejrzewasz, że ktoś
kłamie albo gdy coś ci się nie podoba. Patrzysz, jednocześnie skubiąc jasne blond włosy
palcami. Nie chciałbym, żebyś kiedykolwiek musiała tak na mnie patrzeć.
26.VI.2004
Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, ale przecież jesteśmy Sierpniowymi Bliźniakami.
Miło mieć z tobą coś wspólnego. Czuję się jakbym lepiej cię znał. Zabawne prawda? W
szkole nie dzieje się teraz nic ciekawego, tylko krótkie dwa dni i zaczną się wakacje. Ciebie
nie ma już od tygodnia, podobno jesteś zwolniona ze szkoły już do końca. Gdzie tym razem
zabrali cię rodzice? Od twojego wyjazdu dręczy mnie jedno pytanie. Kto będzie pilnował
naszego placu zabaw? Obawiam się, że to rodzeństwo z naprzeciwka znów będzie walczyło o
miejsce na huśtawce. Zawsze mi pomagałaś, a teraz? Co dwie głowy to nie jedna, a ja mam
przecież tylko jedną.
16.XI.2006
Anka nastolatka wcale mi się nie podoba. Gdzie są twoje niewinne blond loki? Wyglądasz
jak Matylda z Leona zawodowca. Gdybym miał więcej odwagi, zaproponowałbym ci lenonki,
nawet mimo tego, że wolałem cię jako Anię. Książki chyba też zgubiłaś gdzieś po drodze.
Słyszałem panią bibliotekarkę. Mówiła, że opuściłaś się w czytaniu. Szkoda, że już nie lubisz
książek, to była nasza kolejna wspólna cecha, o której nie wiesz. Może po prostu nie musisz
uciekać w fantastyczne opowiadania. Ja nadal to robię. Mama często mówi, że zachowuję się
jakbym żył od stu lat, czasem właśnie tak się czuję.
Musisz przyznać, że dojrzewanie to nie najlepszy czas dla szukania swojego ja, co? Jesteśmy
za mali i za wysocy, zbyt chudzi za grubi, leniwi, albo za bardzo gorliwi. Próbujemy
wypracować kompromis, ale z jakim skutkiem? No właśnie.
24.VI.2007
Więc dziś wszystko się kończy, tak? Zakończenie roku, super. Doskonale wiem, że tym razem
nasze drogi się rozejdą. Gorące czerwcowe powietrze nie przydusza mocniej niż świadomość
rozstania. Zbieram się na odwagę i siadam obok ciebie na zakończeniu roku szkolnego.
Siedzę w centrum wszechświata , a ty jesteś moim słońcem. Zaraz stąd wyjdziemy i będzie to
ostatni raz kiedy cię zobaczę. Przy odrobinie szczęścia będę spotykał cię w autobusie, ale to
nie to samo. Przestanę widywać cię codziennie i mogę sobie wmawiać, że nic się nie zmieni,
ale tak nie będzie. W końcu zapomnę o tobie, twoich skłonnościach do bawienia się włosami,
bazgrania po marginesach zeszytów, nieskończonym altruizmie, nazwisku. Być może tak
właśnie by się stało, gdybym nie...A zresztą sami zobaczcie.
Przeczesywałem wzrokiem listę osób przyjętych na profil biologiczno- chemiczny, dopóki nie
znalazłem swojego nazwiska.
Dostałem się.
Pozbawiony części ciężaru przygniatającego mnie od wczoraj, wyszedłem ze szkoły. Nie
byłem jedyny, do budynku co chwilę wchodzili kolejni nastolatkowie, zazwyczaj w grupkach,
niektórzy sami, a czasem z rodzicami. Nadopiekuńczość rodziców była kolejnym minusem
dla nas, niemych. Miałem dużo czasu, żeby oswoić się z tym słowem. Tak, jestem niemy, ale
moi rodzice są normalni. Zawsze rzucali mnie na głęboką wodę; ,,zwyczajna” podstawówka,
normalne gimnazjum. Co z tego, że nie mówiłem? Przecież wciąż miałem słuch. Nie jestem
na nich zły, im szybciej zauważymy, że życie zawsze będzie wymagać od nas trochę więcej,
tym szybciej nauczymy się dawać sobie radę. Chyba o to właśnie chodzi w dorosłości.
Zostajemy sami, my i życie, które tylko czeka, żeby dać nam wycisk, pokazać, że nic nie
przychodzi łatwo, a wtedy my wiemy co robić.
Szedłem wolno zalaną słońcem ulicą. Początek lipca przyniósł z sobą falę upałów, co
skutecznie zatrzymywało ludzi w domach. Postanowiłem się przejść, w głowie miałem
dokładny rozkład ulic. Zmrużyłem oczy, mijając grupę dziewczyn grających w parku w
piłkę. Moją uwagę przyciągnął podskakujący blond kucyk goniący za piłką. Bezwiednie
przyśpieszyłem kroku i odwróciłem się w kierunku ich krzyków, skupiając się na blond
postaci.
Wzrok mnie nie zawiódł, to była ona.
Opalona zbyt mocno jak na początek lipca i roześmiana zbyt beztrosko, by nie przywoływać
wszystkich wspomnień. Niesamowite. Mogłem chodzić do szkoły na drugim końcu miasta chyba mogłem się już nazywać uczniem tej szkoły?- mogłem pochodzić z zupełnie innego
świata, gdzie najczęściej towarzyszyła mi cisza, ale ona i tak mnie dopadła.
Miłość. Nigdy nie lubiłem używać tego słowa. Zazwyczaj zdaje nam się, że jesteśmy dojrzali
na tyle, żeby dumnie to podkreślać. W pewnym wieku chce się to ogłaszać całemu światu,
literami większymi niż nasza niezachwiana pewność: KOCHAM. Niestety, jestem realistą,
przecież to tylko zauroczenie. Miłość mówi o czymś trwałym, ważnym. Jednym słowem
czymś przez wielkie ,,C”,
A ja nawet z nią nie rozmawiam...Chciałem postać na chodniku jeszcze chwilę, dywagować z
samym sobą o uczuciach, być może pozwolić, żeby mnie zauważyła. To nie był zły pomysł,
przypadkowe spotkanie. Dlaczego więc uciekłem ?
-Jak było? - pyta mama, kiedy tylko wchodzę do domu.
Moja mama potrafi się posługiwać językiem migowym. Nie znam nikogo migającego tak
szybko jak ona. Gdybym nie był do niej tak dobrze nastrojony-w końcu jestem jej synem pewnie miałbym spore problemy z nadążeniem za nią. Zazwyczaj jednak rozmawia ze mną
normalnie, to ja jestem inny. Zmuszony do zamienienia dłoni w język.
- Dostałem się – przyznaję, nie powstrzymując uśmiechu. Nie powstrzymuje go, gdy mama
przyciąga mnie do siebie i mierzwi mi włosy. Jedyną osobą wyższą ode mnie jest tata, ale to
chyba tylko kwestia czasu. Jest dobrym policjantem, ale rzadko bywa w domu. Pewnie kiedyś
wróci do domu, stanie obok mnie i zdziwi się, że zdążyłem tyle urosnąć od ostatniego czasu,
kiedy mnie widział.
-Należy ci się coś ekstra. Deser niespodzianka?
Uśmiech zaraz rozerwie mi policzki, dlatego opuszczam kąciki ust i dla odmiany kiwam
energicznie głową. Mama wychodzi, drzwi trzaskają i jej kasztanowy kok znika za drzwiami,
zostaje po niej tylko delikatny zapach jej ulubionych perfum.
Zostaje sam ze sobą i znów w mojej głowie pojawia się Anka. Na pewno zastanawiacie się,
dlaczego ona. To dziecinnie proste. Jej mama uczyła takich jak ja języka migowego.
Prowadziła zajęcia, na które czasem przyprowadzała swoją córkę. Chciałem migać tak dobrze
jak ona. Od tego się zaczęło, później to samo przedszkole, podstawówka, jeden plac zabaw,
gimnazjum.
Przez myślenie o niej mam mętlik w głowie. Nawet żartobliwa kłótnia rodziców nie wciąga
mnie tak jak zawsze. Wytrzymuję do końca, bo widzę, jaką radość sprawia im spędzany
wspólnie czas. Kiedy wreszcie wstajemy od stołu, w mojej głowie wciąż działa otchłań pełna
myśli. Przydałoby mi się rodzeństwo, ale wiem, że rodzice się boją. Nie chcą ryzykować, że
jeszcze jedno dziecko będzie t a k i e, myślą, że to ich wina. Nie umiem im tego
wytłumaczyć, ale przyzwyczaiłem się. Wiem, że tak po prostu miało być. Poprawiam
poduszkę pod głową i wzdycham ciężko. Boże, czy to nie mogłoby być łatwiejsze? Jak
zawsze przed snem, zadaję Bogu jedno pytanie, w którym staram się wyrazić wszystko, co
dręczyło mnie przez cały dzień. Dzisiaj wcale nie jest mi przez to lepiej.
Idę jak na sznurku, zastanawiając się, co mnie tu ciągnie. Nogi same niosą mnie przed siebie,
ale miejsce w parku jest puste. Zerkam na zegarek, mogę chwilę poczekać. Chwila zajmuje
mi godzinę i już mam odejść zrezygnowany, gdy wreszcie się pojawia. Jest sama. Wielki
czarny labrador ciągnie smycz, na końcu której idzie Anka. Przez chwile obserwuję ich,
dopóki ona nie opada na trawę. Waham się, ale tylko przez moment. Idę zdecydowanym
krokiem w jej kierunku zatrzymując się tuż nad nią.
- Mogę się dosiąść ?- pytam, gdy podnosi głowę, osłaniając oczy od słońca.
Czekam na wyrok.
piątek, 25 stycznia 2019
Miłość od pierwszego mema II
Jej telefon był przytwierdzony do tablicy ogłoszeń!! Odetchnęła z ulgą trochę nie dowierzając we własne szczęście. Wyciągnęła rękę chcąc zdjąć swoją własność,ale wokół jej nadgarstka niczym diabelskie sidła oplotła się znajomo wyglądająca,chłodna dłoń...
*****
Telefon po pewnym czasie przestał spełniać swoją rozrywkową funkcję. Najpierw zrobił coś co nauczycielka mugoloznastwa nazywała wygaszeniem ekranu,a potem okazało się,że ciemnogranatowe cacko ma założone hasło i nie reaguje na zaklęcia. Być może na tym skończyłaby się jego przygoda,gdyby nie uzależnienie,które płynęło teraz w jego żyłach wartkim strumieniem. MEMY!
W ciągu połowy nieprzespanej nocy podjął męską decyzję. Znajdzie właściciela tego urządzenia i zmusi go...ostatecznie oczaruje JĄ,żeby pokazała mu stronę,której używa. Jeszcze nic tak nie trafiło do jego serca tak jak humor,który preferował właściciel telefonu. Niewiele było rzeczy w jego życiu,które szczerze go bawiły,a te które już były w stanie tego dokonać starał się trzymać przy sobie.
Plan był prosty. Zanim jego współlokator Zabini ruszył chociażby małym palcem u stopy,nawet zanim Dafne rozłożyła się z poranną lekturą na sofie w Pokoju Wspólnym, on był już w drodze. Bezszelestnie zmierzał na miejsce zbrodni.
Był genialny,był sprytny,był niewidzialny…
-AAAA!!!- wrzasnął podskakując w górę kiedy poczuł coś mokrego na szyi. Oczami wyobraźni już widział wampira wysysającego jego krew,bukiety białych róż na pogrzebie… - Pyx ? Ty stary draniu – skarcił swojego podopiecznego,który zeskoczył z jego barku na ziemię.
Przyśpieszył kroku,bardzo możliwe,że ktoś mógł usłyszeć jego wojowniczy okrzyk, który miał odstraszyć potencjalnego wroga. Ciemnogranatowy telefon musiał należeć do jakiegoś Krukona,dlatego zwykłe ogłoszenie byłoby zbyt łatwe. Sprytnie zmodyfikował działanie kilku zaklęć,nie był z niego do końca zadowolony,ale nie miał za wiele czasu. Przetestował je na sobie,później profilaktycznie na Zabinim, który nigdy nie zadawał zbędnych pytań, i tak upewniony o skutecznej formule wcielał swój plan w czyn.
Zawiesił telefon w powietrzu blisko tablicy po czym skupił się oczyszczając myśli. Niewerbalne zaklęcia zawsze wzbudzały w nim respekt. ,,Calliorus” poczuł ciepło w ręce którą trzymał różdżkę,kiedy wykonywał nią odpowiedni gest. Wiedział,że zaklęcie działa, ale ponownie poczuł podekscytowanie. Teraz musiał już tylko czekać.
Jego triumfalne wkroczenie do Pokoju Wspólnego Ślizgonów nie zostało podkreślone fanfarami.
Dafne nigdy nie miała talentu muzycznego,ale jej uniesione brwi mówiły same za siebie. Z Dracona emanowało gorączkowe podniecenie i mogła tylko współczuć ofierze,która wywołała u niego ten niemal radosny nastrój. Jak powszechnie wiedzieli wszyscy Ślizgoni Draco Malfoy czerpał przyjemność z kilku rzeczy.
Z wygranych w quidditchu, wygranych potyczek z Potterem i Weasleyem, wygranych partyjek szachów i wygranych, najczęściej od Notta lub Zabiniego, butelek Ognistej Whiskey,które później wspólnie opróżniali.
Jednak nic nie wprawiało go w taką euforię jak poniżenie kogoś,w jego mniemaniu, gorszego od niego. Jakże mało wiedzieli Ślizgoni o swoim gurur…
Dafne zapatrzyła się w dno jeziora będące jednocześnie sufitem Pokoju Wspólnego, przepływająca trytonka wykrzywiła się do niej,a jej zielona skóra zmarszczyła się wokół ust w nieprzyjaznym grymasie. Ach tak,to przypomniało jej o zadaniu,które miała dziś wykonać.
Esej z zielarstwa na temat roślin wodnych czekał aż napisze chociaż linijkę. Zaczynali od drugiej lekcji dlatego po śniadaniu mogłaby zabrać się za pisanie jeżeli tylko wypożyczy odpowiednie książki. Zerknęła na zegarek. Siódma dwadzieścia pięć. A więc za chwilę zaczyna się śniadanie.
Na palcach wkradła się do sypialni,którą dzieliła z Milicentą,żeby porwać swoją torbę po czym z głową pełną pomysłów prawie wybiegła z lochów. Prawie,bo arystokratce w jej wieku nie wypadało biegać po korytarzach jak pierwsza lepsza pierwszoroczna.
-Cześć Dafne.
Głęboki głos wyrwał ją z zamyślenia. Musiała unieść głowę,żeby spojrzeć swojemu rozmówcy w oczy.
-Hej Michael.
Pierwsze poranne promienie słońca,których imitację tworzył zaczarowany sufit rozjaśniało jego włosy do czekoladowego brązu mimo,że,jak zauważyła,w normalnym świetle były niemal czarne.
-Widziałaś może Edmunda? Chciałem z nim zamienić parę słów.
Zmarszczyła czoło,kręcąc głową,chciała mu pomóc,ale nigdzie nie spotkała tajemniczego ducha. Chłopak westchnął,a jego niebieskie oczy zachmurzyły się. Idiotka skomentowała w myślach swoją słabość do Krukonów o niebieskich oczach i ciemnych włosach.
-Zaczynam myśleć,że ten grubianin cię lubi. Jesteś chyba jedyną osobą,której nie zatrzymywał w wejściu,nigdy – roześmiał się cicho kręcąc głową,a jego oczy znów przybrały kolor spokojnego błękitu. Jeżeli był to komplement,to nie wiedziała jak na niego odpowiedzieć. Zrobiła więc to co każda Ślizgonka zrobiłaby w jej wypadku,wzruszyła nonaszalancko ramionami,ale uśmiechnęła się delikatnie,jakby chciała powiedzieć ,,Co ja mogę wiedzieć o zawiłościach męskiego umysłu”
-W takim razie na razie.
Nie śledziła jego oddalającej się postaci wzrokiem,spokojnie dokończyła przygotowywaną kanapkę. Kto zwróciłby uwagę na to,że posmarowała ją masłem już trzykrotnie...?
środa, 12 grudnia 2018
Miłość od pierwszego mema - Miniaturka HermionaxDraco
„Mors meta malorum" - pomyślała uszczypliwie,bo powiedzmy sobie szczerze, kto inny mógł myśleć uszczypliwie o samym sobie, jeżeli nie Hermiona Granger? Zrezygnowana, ukryła nos w zwojach szalika,starając się skupić na ulotnym zapachu perfum. „Nigdy więcej podobnych akrobacji" - obiecała sobie w myślach.
Jednak była to tylko hipoteza. Połączenia nie było na ten przykład w bibliotece. Nie zamyślała się jednak głębiej nad tym problemem ponieważ powoli przestawała czuć własne palce. Nie wyłączając nawet strony z memami,które przeglądała wsunęła telefon do kieszonki płaszcza i sięgnęła ręką po miotłę zaczepioną o jedną z belek. Kolejna nowość w jej życiu, miotła należała do Rona,był to słynny Zmiatacz 11 ,którego dostał od rodziców,gdy został prefektem. Stwierdził,że jej przyda się bardziej i tak oto stała się posiadaczką miotły.
Zastygła w powietrzu,w pół gestu, gdy usłyszała kroki na schodach.No nie,jeszcze tego jej brakowało. Nasłuchiwała kroków,modląc się,żeby nieoczekiwany gość został na pierwszym piętrze. Merlin jednak musiał mieć wyjątkowo kapryśny humor,bo chwilę później do pomieszczenia wdarł się podmuch zimna wraz z całkiem okazałą postacią Dracona Malfoya. Ostatnia osoba, która powinna widzieć ją zawieszoną między stadami sów. Pohamowała jęk niedowierzania i zastygła w bezruchu. Blondyn niecierpliwym ruchem różdżki pozbył się śniegu z czarnego płaszcza. Mokre platynowe blond włosy sterczały zawadiacko,burząc jego zwyczajowy idealny wizerunek. Hermiona była przygotowana na to, że zaraz musi spotkać się z nim wzrokiem. Jednak Malfoy zamiast rozglądać się za swoją sową wyjął spod płaszcza małą, kremowo-szarą kulkę. Gryfonka zmrużyła oczy lekko pochylając się w przód...Puszek? Co do diabła robił Malfoy spacerując z puszkiem pod płaszczem?
Nieświadomy bycia obserwowanym delikwent, jak gdyby nigdy nic zaczął oglądać zwierzę ze wszystkich stron, przy okazji głaszcząc je, co wywołało pomruki zadowolenia. Wyjął z kieszeni małą fiolkę i przychylił wlewając zawartość do pyszczka puszka,który usadowił się na jego ramieniu i z entuzjazmem wylizał ją do czysta swoim długim językiem. Zwierzątko zeskoczyło na ziemię, radośnie skacząc po stertach kup i węsząc. Malfoy obserwował tę scenę beznamiętnie wręcz ze znudzeniem. Nie mogła pojąć jakim cudem tak po prostu sobie stał. Nawet na moment nie zatkał nosa,a sama dobrze wiedziała,że graniczyło to z cudem. To tylko utwierdzało ją w myśli,że Malfoy nie jest człowiekiem. Miała nadzieję,że zaraz opuści Sowiarnię,nie miała okazji zjeść dziś śniadania,a zajęcia zaczynały się za niecałe pół godziny. Zwierzątko zniknęło z jej pola widzenia jednak właściciel uparcie trwał na swoim miejscu...jakby zamyślony ? Ciężko był wywnioskować coś po widoku jego głowy,nosa i jednego oka. Nie martwiła się ani nic z tych rzeczy,ale była po prostu ciekawa.
Wychyliła się lekko próbując zobaczyć coś więcej, jednak oprócz szarej bluzy wystającej spod rozpiętego płaszcza nie zobaczyła niczego nowego. Podskoczyła, gdy poczuła nacisk w okolicy żeber i odwróciła się gwałtownie, przytomnie nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku. Zobaczyła tylko ogon oddalającego się puszka,który niósł w zębach jej telefon. Protest uwiązł jej w gardle. Zdradzić się i krzyknąć ? Co to da? Zwierzę pędziło susami po brudnej podłodze wprost do swojego właściciela, który przyklęknął zaciekawiony.No,przynajmniej tak mogła zgadywać.
-Co tam masz,Pyx?
„Nie dotykaj go ty chciwa, podstępna, tleniona,arogancka....co jest? " - pomyślała z przerażeniem,gdy...
-W roku 1612 w Hogsmeade odbyła się rebelia,a na kwaterę główną zbuntowane gobliny obrały Trzy Miotły....
W takich chwilach jak te Draco Malfoy nie miał pojęcia dlaczego uczył się Historii magii na poziomie owutemów. Rozejrzał się po nielicznej klasie, idealną ciszę przerywało tylko uporczywe skrobanie pióra, sunącego po pergaminie. Ponieważ jako jedyny z domu Slytherina wybrał historię magii miał komfort siedzieć w ławce całkiem sam. I bardzo mu to odpowiadało. Mógł na przykład, bez konieczności dźgania kogoś łokciem ,odwrócić się do tyłu w celu zlokalizowania uporczywego dźwięku skrobania nowego, nie całkiem ostrego jeszcze pióra o pergamin...
Och,no tak.
Niezawodna Granger. Jak Patil mogła ignorować zawziętą pisaninę swojej sąsiadki? Merlin jeden raczył to wiedzieć. Znudzony i rozczarowany wrócił do swojej poprzedniej pozycji. Oparł głowę na ręce i wyjrzał przez okno.
Widoku z pierwszego piętra nie można było nazwać zajmującym czy chociażby ładnym,ale wciąż był on ciekawszy niż odbywający się w sali wykład. Widział stąd między innymi plac na którym pierwszoroczni uczyli się latania na miotle.Część z nich unosiła się nad ziemią, nieliczni zupełnie pewnie,żeby nie powiedzieć za pewnie, próbowali prostych manewrów to pikując w dół, to podrywając miotły do lotu. Malfoy jakkolwiek komentował w głowie sarkastycznie zajęcia,jako marne popisy przemądrzałych szczeniaków,musiał przyznać,że kilku śmiałków zasługiwało na uwagę. Równowaga,pewna postawa,technika to potrafił zauważyć. Jeżeli stworzyłby listę rzeczy na których się zna,quidditch zajmowałby na niej wysokie miejsce. Na ten rok drużyny były już skompletowane,a i tak pierwszoroczni nie mogli grać w quiddticha, jednak widział,że w przyszłym roku kapitanowie będą mieli z czego wybierać.
Tegoroczne rozgrywki zapowiadały się interesująco,zważywszy na fakt,że ani Potter ani Weasley nie wrócili do szkoły. Zamierzał poprowadzić Slytherin do zwycięstwa,to byłoby coś. Uśmiechnął się cynicznie do swoich myśli,jakby Puchar Quidditcha mógł wrócić jego domowi szacunek. Ślizgoni po wojnie nie mieli tak łatwo,nikt może nie miał odwagi mówić tego głośno,ale budzili w innych...skrajne uczucia. Niektórzy po prostu nimi pogardzali,a inni się ich bali.
Jednak musiał przyznać,że był w pewnym sensie dumny z wychowanków swojego domu,którzy nie zamierzali pokazać,że czują się gorsi. Dom Salazara Slytherina nie zamierzał przepraszać...no właśnie, za co? Za to,że większość popleczników Czarnego Pana pochodziło ze Slytherinu? Strach działał o wiele bardziej przekonująco niż działania popleczników Wybrańca,którzy marzyli o jego powrocie i odmianie losu. Śmierciożercy demonstrowali swoją potęgę,gdy siły dobra topniały. Śmierć Dumbledore'a,Szalonookiego czy chociażby ministra magii Rufusa Scrimgeoura,nagłe zniknięcie Pottera nie zachęcały do zmiany stron. Wszystko wskazywało na to,że Czarny Pan wygra. Dopiero później wszystko zaczęło się sypać. Otrząsnął się ze wspomnień,z dwojga złego wolał już wykład o rebeliach goblinów.
Hermiona była jak zwykle podekscytowana pakując się na zajęcia.Uwielbiała wieczorem przed zajęciami kompletować książki,ostrzyć pióro,napełniać kałamarz. Zawsze starała się, żeby jej notatki były schludne i ciekawe w czym pomagały jej małe rysunki,często prześmiewcze, obrazujące to co zawarła w tekście czy definicji. Co mogła poradzić na fakt,że po prostu uwielbiała się uczyć? Kochała wiedzieć,znać odpowiedzi i ucierać nosa innym. Dzień wczorajszy nie był jednak dla niej zbyt łaskawy. Głodowałaby do obiadu, gdyby nie jabłko znalezione na ławce w sali Transmutacji. Zielone jabłko, jej ulubiona odmiana, pozostawione bezpańsko na ławce nie budziło zaufania, ale sprawdziła czy nie zostało zaczarowane i po pozytywnych oględzinach z ulgą zjadła je po kryjomu. Chowając się przed wzrokiem profesor McGonnagall dziękowała w duszy przypadkom.
Tym właśnie śladem jej myśli dotarły do tlenionej tchórzofretki, gdyby nie on nie musiałaby głodować. Chociaż w głębi duszy musiała przyznać, że nie o jedzenie tu chodziło. Tęskniła za swoim telefonem.Dosięgający dwudziestu czterech godzin odwyk drażnił ją,ale świadomość w czyje ręce wpadła zguba doprowadzał ją do białej gorączki. Czuła się samotna i bezbronna bez Harry'ego i Rona, do tej pory zawsze mogła liczyć na ich wsparcie. Ron mimo,że irytujący potrafił rozładować napięcie lub ją rozśmieszyć. Czasem robił to nieświadomie,swoim zachowaniem czy zabawną uwagą. Westchnęła,plany lekcji jej i Ginny idealnie się rozmijały. W tym tygodniu nie miały jeszcze chwili żeby porozmawiać. Zapięła torbę z twardym postanowieniem wydarcia wolnej chwili dla swojej przyjaciółki i pokrzepiona tym planem ruszyła na zajęcia.
Natchnienie,myśl i tym sposobem powstała miniaturka ;)
sobota, 1 grudnia 2018
Dobre (?) wieści
Zapraszam Was o tutaj
Nox czarodzieje :)
piątek, 30 grudnia 2016
Ucieczka
Po powrocie z łazienki nie mam już zbyt wielkiego wyboru.Dołączam do tłumu tańczących nie zwracając uwagi na to,że zdecydowana większość ma swoją parę.Robię to co wychodzi mi najlepiej-poddaje się muzyce.Nie wiem czy to za sprawą Tanyi,ale ktoś proponuje mi wspólny taniec,a ja pozwalam mu prowadzić.Oboje nie jesteśmy mistrzami parkietu,nie możemy się zgrać i tak naprawdę nasz ,,taniec" jest mieszaniną niezgrabnych obrotów i wymyślanych w biegu figur.On koniecznie próbuje zwolnić,gdy ja chce wirować,szybciej i szybciej. Wyślizguję więc swoją ręke z jego dłoni i wsuwam między jedną z tańczących par.Chłopak nie wygląda na niezadowolonego w przeciwieństwie do dziewczyny,która zostaje na lodzie.Kiedy tak stoi oświetlona tylko dziwnymi klubowymi światłami przypomina mi Meduze.Nieruchome błyszczące oczy budzą jednak mój niepokój.Zajmuje mi chwilę zanim dociera do mnie,czego obraz stoi przedemną.Jest naćpana.Przez chwilę chce odepchnąć faceta z którym tańcze iść za nią,ale...ona znika,a ja i tak nie mam pewności.Czy mogłabym jej pomóc?
Staram się nie zastanawiać nad tym dłużej,piosenka się zmienia i teraz nawet ja muszę zwolnić.Niechętnie zgadzam się na zmiane pozycji.Kołyszemy się jak wszyscy wokół nas.Chętnie zamykam oczy,które też już mają dosyć szalejących świateł,przesada.Szczerze mówiąc prawie przysypiam dlatego opieram głowę na ramieniu partnera.On poprawia mi włosy i nie wiedzieć czemu ten gest sprawia,że sie rozluźniam.Rozchylam delikatnie powieki.Tłum w niektórych miejscach faluje,porusza się i nagle przez moment wydaje mi się że widzę w nim znajomą twarz.Adam? Czuje jak z twarzy odpływa mi krew,wpatruje się w miejsce w którym jeszcze przed chwilą...Z wrażenia przestałam tańczyć.Widziałam,że chłopak mówi coś do mnie,ale jego słowa brzmiały dla mnie tak jakby głowę trzymał pod wodą. Obróciłam się gwałtownie w poszukiwaniu...czego? Znajomej twarzy?A może Tanyi?
Mocne szarpnięcie przywróciło mnie spowrotem do rzeczywistości.
-Wychodzimy-zdecydowała moja towarzyszka już na pół ciągnąc mnie za sobą.Może jednak powinnam tam wrócić? Odnaleźć go zapewne gdzieś w środku sali,otoczonego konstelacjami ludzi-jak kiedyś.Jednocześnie coś we mnie wyrywa się ,,do niego" A z drugiej strony chce uciec jak najdalej stąd.I póki co wybieram ucieczkę. Wąski korytarz zostaje za nami,mijamy znudzonych już wyraźnie ochroniarzy ciągle bez słowa,wciąż kierując się w stronę auta.Ciągnę za klamkę,ale drzwi nie ustępują patrzę więc na właścicielkę auta.Nie rozumiem jej zamaszystego kroku i zaciętaj miny jakby co najmniej przygotowywała się do wytoczenia mi wojny.-Wzięłaś coś?-wyrzuca z siebie słowa szybko,jakby bała się,że ją pogryzą.
-Co?
-Ktoś zaoferował ci troche taniego cracku? Jakieś tabletki? Nie pilnowałaś szklanki?
-Czekaj co ?! Nic nie ćpałam!
Trochę się uspokaja,teraz tylko mierzy mnie oceniającym wzrokiem
-Zrobiło się duszno...ten facet nie chciał poluzować uścisku,spanikowałam.
Jej twarz jak płynna maska przechodzi w wyraz litości i zrozumienia.Ze skruchą kiwa głową.
-No tak,tak...-wzdycha głęboko,loki rozsypują się w nieładzie wokół jej twarzy,gdy pochyla głowę masując skronie-ja chyba też spanikowałam.Odczekuję chwile niepewna czy mam do niej podejść? Odezwać się? Ochroniarze przypatrują się nam uważnie,nie chce przeciągać tej sceny.Nie tutaj,nie na parkingu przed pierwszym lepszym klubem.
-Możemy już jechać?-proponuję zniżając głos.Wygląda trochę lepiej,więc nie protestuje,gdy wsuwa się za kierownicę. Też wsiadam do środka.Tutaj przynajmniej jest ciepło-i rzecz jasna nie mówię o atmosferze.Nie jest tak łatwo wydostać się z parkingu,który aktualnie jest jak wielki labirynt zbudowany z samochodów.Kiedy wreszcie nam się to udaje oddycham z ulgą.Radio pozwala mi milczeć i jestem za to wdzięczna.
-Dzięki.Za cały wieczór-mówię w końcu z ręką na klamce.Kiwa głową jeszcze trochę nieobecna.Ciągnę za klamke i już mam wysiadać,gdy czuje uścisk jej dłoni na swoim przedramieniu.Wracam na fotel,a ona przechyla się w moim kierunku. Całuje mnie delikatnie i wolno,a ja siedzę jak skamieniała.Kiedy już jest po wszystkim odrywamy się od siebie.Ja przerażona, ona zmieszana.Rozchyla usta na których nie ma już szminki,jakby chciała coś powiedzieć,ale odsuwam się. Wysiadam tyłem,trzaskam drzwiami.To samo dzieje się po drugiej stronie auta.Przyśpieszam kroku,słysze Tanye za sobą. Co się przed chwilą stało?!
-Edith czekaj!
Odwracam się do niej.Co mam powiedzieć? Odejdź?Zapomnijmy o tym?
-Jane..- cichy głos przenika do mojej głowy głośniej niż krzyk Tanyi.Znów robię obrót wokół własnej osi.W oczach stają mi łzy,postać Adama zamazuje się dlatego ścieram je niecierpliwie.Nie myślę o swoich kłamstwach,nie zastanawiam się nad tym jak to wyjaśnić.Czekam aż powie coś jeszcze...
-Kto to jest?
Całkowicie zapomniałam o czekające za mną dziewczynie.Wszystkie trybiki w mózgu ruszają pełną parą,jej nie powinno przy tym być.Cokolwiek ma sie tutaj wydarzyć,nie ona.
-Idź już-mówię spokojnie,nie spuszczając oczu z czekającego na mnie blondyna
-To był on prawda?To on cię wystraszył tam,w klubie...
-Po prostu idź! Zostaw mnie!!
Wygląda na zranioną,cofa się jakbym ją uderzyła,ale jaki miałam wybór? Na posklejanych rzęsach wciąż ma krople łez, makijaż roztarty wokół oczu.Nie wygląda dobrze,ale ja jestem zmieszana i przerażona,a za mną czeka coś o wiele ważniejszego.Nienawidze odtrącania ludzi.Nawet gdy teraz patrzę jak odjeżdża mam wrażenie,że powinnam za nią pobiec.Drżę z zimna i uświadamiam sobie,że kurtke zostawiłam w tym nieszczęsnym małym aucie.Kołysze się na piętach, patrzę w niebo byle nie spojrzeć w te niebieskie oczy,które ciągle czekają.